Oni czekają
pomoc szafarza dla Ukrainy
22.01.2023

1 tydzień temu - Olek

Cud sprawił, że stał się szafarzem. Pomaga Ukraińcom, bo chce oddać dobro, którego doświadczył.

Wojciech Biedacha samochodem wypakowanym do granic możliwości do Ukrainy rusza co dwa, trzy tygodnie.

– Z reguły jadę sam, staram się nikogo nie zabierać, bo nie chcę ryzykować. Raz pojechała żona. W ciągu jednego dnia były trzy alarmy bombowe. Nie chciała więcej. Innym razem zabrałem znajomą, która mieszka w Polsce od sześciu lat. Chciała zobaczyć tatę. Zostawiła tu męża i dziecko. Byliśmy już na terenie Ukrainy, kiedy zaczął się alarm przeciwlotniczy. Gdy jadę sam i wiem, że mam leki do dostarczenia, to podejmuję ryzyko i nie zatrzymuję się. Ta znajoma wtedy nalegała, żeby jechać, nie szukać schronienia. Dopiero później przyszła refleksja, że byłem za nią odpowiedzialny i mogę ryzykować tylko swoje życie. Dlatego już raczej nikogo ze sobą nie biorę – mówi Wojciech Biedacha.

Cud prywatny

Jak to się stało, że mieszkaniec Chorzowa, właściciel rodzinnej firmy i szafarz, ruszył z pomocą Ukraińcom? Sam mówi, że chce oddać dobro, którego doświadczył, a pomoc sąsiadom zza wschodniej granicy to zanoszenie nadziei. Podobnie jak niesieniem nadziei jest dla niego przychodzenie z Najświętszym Sakramentem do pacjentów szpitala. Szafarzem został dziewięć lat temu. Zanim pojawiła się ta myśl, jego rodzinę dotknęła tragedia. – Trudno jest mi o tym mówić – przyznaje ze łzami w oczach.

– Córka miała wypadek, a ja na przemian modliłem się i krzyczałem do Boga, że lepiej, żeby to mnie zabrał. Wszystko niespodziewanie dobrze się skończyło. Doświadczyłem cudu, takiego prywatnego. Zaczęło towarzyszyć mi przekonanie, że powinienem oddać dobro, którego doświadczyłem. Nikt mi nie kazał, ale wiedziałem, że tak powinno być. Wspomniałem kiedyś o tym ks. Andrzejowi Cuberowi, ówczesnemu proboszczowi, a on zaproponował mi posługę szafarza – wspomina. Poczucie, że tak trzeba, towarzyszyło mu, kiedy po raz pierwszy pakował plecak przed wyjazdem do Ukrainy.

– To był pierwszy dzień wojny. Oglądałem relacje w serwisach informacyjnych. Potem w nocy nie mogłem spać. Zrozumiałem, że muszę jechać. Wstałem rano i jak zwykle przygotowałem żonie kawę, a później spakowałem się: poduszka, koc, najpotrzebniejsze rzeczy. W sumie nie wiedziałem, jak to będzie wyglądało i co się przyda. Zadzwoniłem do taty i syna, z którymi pracuję, i powiedziałem im, że nie będzie mnie w firmie. Próbowali odwieść mnie od tego pomysłu, natomiast żona powiedziała, że jest dumna, i to było najważniejsze – zapewnia. Pierwsze podróże kończył w Przemyślu, skąd zabierał emigrantów i przywoził ich na Śląsk. – Łącznie przewiozłem 31 osób do mojego mieszkania i 98, które znalazły schronienie w Posmyku. Z czasem skupiłem się na pomocy tym, którzy postanowili zostać w Ukrainie. Wożę leki, jedzenie, kamizelki kuloodporne, sprzęt wojskowy, wózki inwalidzkie. Wszystko, co się może przydać. Ostatnio zawoziłem masę świec i zniczy, które przydają się zarówno żołnierzom, jak i cywilom – wymienia.

Może nie muszę dostać?

W czasie swoich podróży przeżył rzeczy straszne. – Widziałem ciała martwych dzieci leżące na chodnikach, odcięte głowy nasadzone na przydrożne słupy. Słyszałem rozpaczliwy płacz ludzi, którzy stracili bliskich. Tego nie da się zapomnieć. Tak samo jak uczucia bezsilności, kiedy przyjeżdżam z transportem żywności z przekonaniem, że zabrałem, ile się da, a na miejscu w kolejce czeka 600 osób i każdy dostaje maleńką porcję, żeby starczyło dla wszystkich. To bardzo trudne. Potrzeby są ogromne – mówi.

Wojciech Biedacha przyznaje, że nie wie, czy umiałby sobie poradzić z takimi doświadczeniami, gdyby nie wierzył w Boga. – Czuję, że nie jadę sam, wiem, że mam oparcie w Opatrzności. Nie ryzykuję dla hecy, poklasku. Jako szafarz nieraz widziałem w szpitalach ludzi, którzy umierali. Bywało, że były to małe dzieci. W pierwszym roku szafarzowania trudniej mi było odwiedzać takie osoby. Trzymałem Pana Jezusa w ręku i pytałem: „dlaczego?”. Nie dostałem odpowiedzi, ale może nie muszę jej dostać? To doświadczenie bycia szafarzem pomaga mi teraz w czasie wyjazdów do Ukrainy. Widziałem cierpienie tu w Chorzowie, choć płaczu po stracie bliskiego nie da się porównać do niczego innego, i znam cierpienie Ukraińców. Wiem, że oni tam czekają na słowa otuchy, na pomoc, na wszystko – zaznacza.

Jak deklaruje chorzowski szafarz, będzie jeździł z pomocą, dopóki będzie taka potrzeba. – Niech pani napisze, że to nie tylko moja zasługa. Bardzo pomaga mi moja parafia, Najświętszego Serca Pana Jezusa, i zespół Caritas z ks. proboszczem Krzysztofem Tomalikiem na czele. Wspierają mnie Ruch Chorzów, TVS, Chorzowska Spółdzielnia Mieszkaniowa i Spółdzielnia „Perspektywa”. Należę do Śląskiej Izby Inżynierów Budownictwa i jej członkowie też włączyli się w pomoc, np. w aukcje charytatywne. Nie udałoby się to, gdyby nie grono przyjaciół, którzy mnie wspierają i są solidarni z Ukrainą – podkreśla.

 

Tekst: Marta Sudnik-Paluch
Zdjęcie: Archiwum Własne
Gość Katowicki 03/2023